Tuesday, 2009.11.17 01.34:43 Amator
Nie zdążyłem jeszcze zdjąć kurtki po wejściu do mieszkania, gdy powiedziano mi: do mojego pokoju wleciała sikorka. Nie tak często spotykany gołąb, czy mały, mieszczący się wszędzie wróbel. Nawet nie kogut. Sikorka. W głowie zakołatało mi multum pytań. Czemu akurat ona? Co to miało oznaczać i jak miało to wpłynąć na moje życie? Kto i co chciał mi przez to przekazać? Po chwili usłyszałem drugą część wiadomości, jakby ktoś uderzył mnie pięścią prosto w twarz – sikorka już wyleciała. A to zostawiało mnie z niczym - żadnych śladów, żadnych odcisków, żadnych świadków, żadnego bolesnego i krwawego przesłuchania w zasięgu mojej ręki.
Czemu akurat dzisiaj? Akurat na następny dzień po tym moim zagadkowym, niewyjaśnionym ataku, gdy miałem mroczki przed oczami, zawroty głowy, a ręce zaczynały mi drętwieć. Już wtedy przeczuwałem, że coś się świeci, chociaż jeszcze sobie tego nie uświadamiałem. Teraz nie miałem już żadnych wątpliwości.
Od razu też skojarzyłem kolejny fakt – zniszczenie mojej parasolki. Ta, która służyła mi przez całe cztery miesiące – była niezniszczalna – dziś, jeden podmuch, jedno niefortunne ustawienie jej w złym kącie do wiatru, a wszystkie żeberka poszły, jedno po drugim. To mogło świadczyć tylko o jednym – ktoś naruszył jej integralność. I zrobił to w jakimś celu. Podsłuch? Namierzanie? Co jeszcze potrafi taki mały chip?
Byłem zmuszony pozbyć się jej, i to jak najszybciej. Nie mogłem już nosić jej ze sobą. Za dużo ryzykowałem. Ale co jeśli jestem śledzony? Nie rozsądne byłoby tak po prostu ją wyrzucić. Oni na pewno zauważą, że ja zauważyłem, że założyli mi pluskwę. Musiałem wytrzasnąć skądś jej substytut, imitację, atrapę. Coś, co uśpiłoby ich czujność, do czasu, aż będę czysty.
Tak, musiałem do kogoś zadzwonić, ruszyć i narazić moje i tak już nieliczne kontakty. Zacząłem przeglądać moją książkę adresową. Komu mogłem zaufać? Każdy mógł okazać się nie tym, za kogo go uważałem. Na przykład ten nowy chłopak z mojego wydziału, który zawsze denerwuje się, gdy ze mną rozmawia. No właśnie, podejrzane nieco wydaje się być jego pojawienie akurat w tym okresie. A ten stres? Czyżby nie wytrzymywał presji swojej misji? Nie, to byłoby zbyt nieprofesjonalne. A wiedziałem, że mam do czynienia z zawodowcami. Tak, to jedyna osoba, na którą mogłem liczyć. Zadzwoniłem. Powiedziałem, że jestem w tarapatach, żeby przyjechał natychmiast i wziął ze sobą parasol. Zjawił się po trzydziestu minutach. Najdłuższych minutach mojego życia.
Miałem wyrzuty sumienia, że wciągam go w ten ciemny świat. Musiałem zajrzeć w głąb siebie, ale zajrzałem do mojej szafeczki. Postawiłem na stole szklankę i wlałem do niej spokojnie dwadzieścia mililitrów syropu malinowego, który rozcieńczyłem dziesięć razy większą ilością wody. Ta mikstura zawsze pomagała mi w takich sytuacjach. Teraz jednak mogła okazać się za słaba. Próbowałem o tym nie myśleć.
Gdy w końcu przyjechał, kończyłem już trzecią turę. Poprosiłem, żeby usiadł. Wtedy zobaczyłem parasol, który przywiózł. Był idealny. Trochę jaśniejszy, z drewnianą rączką, ale różnice były ledwo dostrzegalne. Zapytałem, czy chce jakiegoś drinka.
-Jeśli masz syrop malinowy i czystą…- ruchem ręki zatrzymałem go w pół słowa. Wiedziałem, że wiedział, co jest dobre. Jak najspokojniej przyrządziłem dwie porcje. Nie chciałem tworzyć atmosfery nerwowości, tym bardziej znając lękliwość mojego współpracownika. Wręczyłem mu szklankę i usiadłem naprzeciw niego. Spojrzałem mu prosto w oczy, próbowałem porozumieć się z nim bez słów, dodać mu otuchy.
-Co wiesz o moim parasolu? – w końcu przerwałem milczenie.
-O co ci chodzi?
-Nie udawaj, przecież obaj dobrze wiemy, o czym mówię – nalegałem.
-No… twój parasol… da się naprawić.
Tak! Zrozumiał zasady gry, wiedział, że jesteśmy podsłuchiwani i mówił szyfrem. Kamień spadł mi z serca.
Głos mu drżał. Bałem się, że zaraz pęknie, wszystko wygada, podda się. Nic z tego nie nastąpiło.
-Masz jakiś pomysł?
-No… tutaj można byłoby przylutować…
On był geniuszem. Jego planem było wmontowanie tam drugiego chipu, który namierzyłby miejsce, do którego wysyłany jest sygnał. Ich własna pluskwa zaprowadziłaby nas do nich.
-Jesteś w stanie to zrobić?
-Jasne.
Wyszedł w drogę powrotną do swojego laboratorium, zabierając ze sobą mój ,,brudny” parasol. Być może nawet nie był świadomy niebezpieczeństwa tej gry, do której bez odwrotu dołączył. W duchu życzyłem mu powodzenia.
Przez kolejne dwa dni nie kontaktowaliśmy się ze sobą. Nie istnieliśmy dla siebie. Jeden błąd któregoś z nas mógł łatwo zaprowadzić ich do drugiego.
Trzeciego dnia przeraził mnie dzwonek do drzwi o dziewiątej rano. Pot wystąpił na mym czole. Myślałem, ze to już koniec. I w pewnym sensie się nie myliłem. To był mój przyjaciel. Oddał mi lśniący parasol.
-To wszystko co mogłem zrobić.
Zrozumiałem. Nie udało się zlokalizować moich prześladowców, ale przynajmniej mój parasol był ,,czysty”. Byłem mu wdzięczny. Zawarliśmy cichą umowę, że nie będziemy wracać do tej historii. Co więcej, już nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy. Co prawda nigdy nie dowiem się już, czego oni ode mnie chcieli, ani jakie były ich motywy. Ale nie drążąc tematu być może uratowałem sobie, i jemu, życie. Nie wiedziałem nic, więc byłem nieszkodliwy. Sikorka też nie pojawiła się już nigdy więcej. Ale tak to już jest, gdy próbuje się złapać dwie wrony za ogon. Uważając na moje życie, próbowałem jednocześnie dociekać prawdy. Nie postawiłem, nie potrafiłem postawić wszystkiego na jedną kartę. Być może nie jestem do tego stworzony, to nie moja działka.
Tak samo Maciek – myślę, że w tym miejscu mogę już ujawnić jego imię – rzucił tę robotę, i zajął się w końcu studiowaniem. Widzę przed nim wielką karierę, wierzę w jego talent.
A ja? Cóż, dam sobie jeszcze jedną szansę. Nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień.
Sunday, 2009.10.11 02.07:04 Może Elvis też żyje?
Przychodząc na plac przed Teatrem Węgierki (mówcie co chcecie, dla mnie to wciąż jest ,,Węgierka”) pierwszego wieczoru festiwalu Filmvisage, nie znałem jego programu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zapowiedziano zespół The Blues Brothers.
Ale nie dajcie się zwieść, to nie są prawdziwi – chociaż może powinniśmy jednak użyć słowa ,,oryginalni” – Blues Brothersi. De facto nazywają się Jake & Elwood Blues Brothers, ale uwierzcie mi, są godnymi następcami. Piosenki, które się zna oraz charyzmatyczni showmeni to wszystko czego potrzeba, by rozruszać nawet tę mało ruchliwą, białostocką publiczność.
Spotkało mnie niemałe rozczarowanie, gdy podszedłem bliżej i okazało się, iż pomiędzy sceną a barierką pozostaje pięciometrowa dziura, a połowę lewej strony miejsca dla słuchaczy i widzów zajmuje onamiotowane miejsce dla VIP-ów. Frekwencja była zatem znacznie mniejsza, niż wskazywałby na to widok z tyłu. Niestety, artyści, ze swojej pozycji, widzieli to chyba jak na dłoni. I nie jest tak po raz pierwszy. Jeszcze większa przerwa między twórcami a odbiorcami sztuki była na ostatnich koncertach Natalii Kukulskiej i Perfectu. Z tym że po nich człowiek mógł powiedzieć, iż bawił się dobrze tylko dzięki temu, że znał słowa do ich największych hitów. Tutaj, naszym ,,braciszkom” udało się porwać nawet takie małe, teoretycznie nierozruszalne, zbiorowisko.
Widziałem tam pewne małżeństwo. Kobieta tańczyła coś, co przypominało twista, gdy tymczasem jej mąż nagrywał ten taniec na swoją komórkę. Niby nic nadzwyczajnego. Z tym że ci ludzie mieli po osiemdziesiąt lat! To nie jest coś, co starzy ludzie robią na co dzień.
Potem do akcji wkroczyły balony. Nie wiem na ile spontaniczne było rzucenie publiczności tego ogromnego cacka, napełnionego jakimś magicznym gazem, w każdym razie po stwierdzeniu ogromnej skuteczności tej zabawki w rozbawianiu publiki, liderzy dali publiczności kilkanaście kolejnych. Po chwili każdy już odbijał do góry zeppeliny, które powoli wzlatywały na kilkanaście metrów do góry, po czym znów spokojnie opadały. W ten wymusili u wszystkich trzymanie rąk w górze. Genialny sposób. Niewielu zespołom, nawet po usilnych staraniach, to się udaje. Inną sprawą jest, że elita pod zadaszeniem była wykluczona z gry. To jeszcze bardziej poprawiło humor nam, szarym ludziom, poddanym na bezwzględne czynniki atmosferyczne, które akurat tego dnia bardzo dopisały.
O charyzmie Jake’a i Elwooda niech świadczy jeszcze jeden z ich sposobów na wywołanie lawiny oklasków, mianowicie – nie robienie nic. Gdy w pewnym momencie zamarli w charakterystycznej pozie, po chwili konsternacji rozległy się gromkie brawa i okrzyki.
Podejrzane pozostają jedynie odgłosy wielkiego tłumu słyszane z głośników. Być może jednak było to rozsądne zabezpieczenie organizatorów. A może tylko mi się to wydawało, i mikrofony faktycznie wyłapywały okrzyki widzów i wypuszczały je jeszcze głośniejszymi.
Jeżeli nie słyszysz nawoływań o trzeci bis, to znaczy, że coś poszło nie tak. Nie, nikt nie wymaga od Ciebie faktycznego zagrania trzeciego bisu, jednak w dobrej manierze wydaje się poproszenie o niego. W tym przypadku zawiódł prowadzący – Andrzej Frajndt – który nie dał publiczności ani wskazówki, ani nawet szansy, by to zrobili.
Aha, i jeszcze jedno. Gdyby na moim występie, przy finałowym, pożegnalnym utworze, na scenę wyskoczyli Jacek Kawalec oraz ten od Zespołu-Wokalnego-Partita, uzbrojeni w mikrofony i udający gwoździe programu, zabiłbym na miejscu. O tak, to byłby dopiero show.
Tuesday, 2008.12.16 20.07:27 Syzyfowe prace
Pan Pisage uczestniczy w życiu towarzyskim swojej społeczności. Pan Pisage musi uczestniczyć w życiu towarzyskim. Pan Pisage rozmawia, obserwuje, zauważa, wyciąga ciekawe, zaskakujące wnioski ze zdarzeń, w których brał udział bądź których świadkiem był, i które utrwala w postaci anegdot. W końcu ma wystarczająco dużo materiału, by zebrać go w pełnowymiarową, pełnoprawną, pełną całość. Zapisuje plan wydarzeń książki, zarysowuje jej szkic. Ostatecznie pisze jednolitą tzw. całość utworu. Gdy dopnie swój blok tekstu na ostatni guzik wysyła go Państwu Wydawnickim. Państwo Wydawniccy, po przeczytaniu i zachwyceniu się dziełem, dzielą go na ponumerowane strony. W takiej formie książka trafia do rodziny Masy O'Goowoo. W tym również do Grega. Greg to równy gość, chociaż nieco pyskaty. Lubi z samym Authorem polemizować o tym, co chciał w utworze przekazać. Dopisuje on do książki zarys jej samej, a jako wisienkę na szczycie tortu daje zarys zarysu, który tworzy Pan Wydażeń. Ekstrawagancja owej wisienki jest cechą bardzo pożądaną i cenioną przez Van Utzschnia. Van Utzscheń po zapoznaniu się z Panem Wydażeń czuje się bardzo odchamiony. Opowiadając anegdotki z książek w swoim towarzystwie czuje, że uczestniczy w życiu kulturowym swojej społeczności. Van Utzscheń musi uczestniczyć w życiu kulturowym. Van Utzscheń jest znajomym Pisage'a Juniora...
Tuesday, 2008.10.07 22.21:14 Demencja
Czasami.
Gdy nie odmawiam sobie tytoniu.
Gdy pożeram chemię z chipsów.
Podczas piromańskich sesji masochistycznych.
Wtedy, czasami, czuję wyrzuty sumienia. Ale wyrzuty sumienia nie w stosunku do siebie, a w stosunku do ciała. Tak, jak nieświadomie robimy komuś na złość, a potem sami się na tym łapiemy. Cisza na froncie ciało-umysł, cisza przed burzą, bo nie wypada robić afery przy ludziach. Umysł robi swoje i udaje, że nie widzi swojego ciała o spojrzeniu mówiącym "Nie chcę tego gówna!". I obawiam się, że kiedyś ciało nie posłucha umysłu, tak jak ono nie usłuchało się jego. Moja myśl będzie krzyczeć "Biegnij, spóźnimy się na autobus!", a ciało odpowie "Nie daję już rady!". Moja myśl wrzaśnie "Ja chcę jeszcze żyć!", a ciało będzie się zalewać. "Giń, kurwo!". To będzie jak kamikaze.
Ten moment dysharmonii. A potem znów stają się jednością w akcie.
Akcie jedzenia tortilli od Greka.
Jest też druga strona medalu, dysharmonia pozytywna, zamierzony fałsz. Podczas porannego joggingu umysł krzyczy „Biegnij, to dla Twojego dobra.”, chociaż wiadomo, że chce po prostu zdążyć na wschód Słońca. Ciało będzie mu kiedyś za to wdzięczne.
Najgorszy byłby jednak moment, w którym ciało zażąda „Zróbmy coś ekscytującego”, a w odpowiedzi usłyszy kapanie śliny z kącika ust myśli.
Wednesday, 2008.09.03 19.15:41 Świadkowie
Przekraczają mroczną bramę. Powiadają, że nie należy przychodzić tu po północy.
To nic, bo jest dopiero czwarta popołudniu. Są po obiedzie i nie mają zamiaru wykonywać żadnych rytuałów, co najwyżej wywołają demona konwenansu. Pokonują wrytą w pamięć przez te kilkanaście miesięcy trasę i stają nad nagrobkiem wartym czterocyfrową sumę. Najdroższe łoże człowiek otrzymuje na swoim pogrzebie. Podobnie najpiękniejsze kwiaty.
Chwila skupienia, znak Krzyża, krótka modlitwa z intencjami znanymi tylko ich autorom. Za duszę zmarłego; za jego wstawiennictwo; by dobrze wypaść przed rodziną; by dać odżyć wspomnieniom. Być może jedynie poświęcają ten moment ciszy tylko na rozważenie co powiedzieć, gdy minie.
-Tak się zastanawiałem, że można już wyrzucić te kwiatki.
Rozlega się niema zgoda. W końcu, po niespełna dwóch latach, wiązanki kończą swoją wartę. To jest już ich druga ostatnia droga. Na przedzie konduktu pójdzie Ziutek Z Rodziną, za nią Kochanemu Dziadkowi Wnuki. Przeżywają już drugi pogrzeb, tym razem ich własny. Prawdopodobnie same o tym jeszcze nie wiedzą. Piękno pochowane żywcem. Wraz z pochówkiem następuje kolejna śmierć – chociaż bardzo powolna i przerażająca – pamięci o denacie, troski o grób, gorliwości jego odwiedzania.
Za kilka dni, po swoistym wystawieniu ciała, ciała sztucznych łodyg i płatków na czynniki atmosferyczne, panowie w adekwatnych uniformach wrzucą je na swój karawan, a następnie zawiozą i zagrzebią w bezimiennej masowej mogile wszystkich śmieci. W orszaku podążą jedynie świt i odór.
Sunday, 2008.08.17 02.21:24 Whisky, moja żono
Nadeszły ciężkie czasy.
Nikt już nie nosi ze sobą drobnych; wszyscy palą właśnie swoje ostatnie papierosy.
I przypadkiem jest tak już od paru dni, tygodni.
Dzisiaj najbardziej czystym fragmentem mojej garderoby będzie znaleziony za chwilę, całkiem pokaźniej długości kiep, którego biel skontrastuje z czerwienią białek ocznych i zółtoszarością zębów, dodatkowo przyciemnionych w moich oczach lustrem szyb samochodów. Na szczęście ludzi jeszcze stać na zapałki.
Dziękuję.
Czy musicie przechodzić na drugą stronę ulicy, gdy nas spostrzeżecie? Czy to tak trudno po prostu odmówić? My naprawdę nie mamy tego za złe. Nie liczymy na to, że dostaniemy parę groszy od każdego. Liczymy tylko na szczęście, że trafimy na te pięć, sześć osób.
Oraz na to, że nie trafimy na takiego typa.
Włóczyłem się akurat po jakimś osiedlu domków bliżej centrum i spotkałem starszą kobietę, którą poznawałem i zdaje się, że ona poznawała już mnie. Rzadko kiedy mi odmawiała. Bywało nawet, że sama przynosiła mi jakąś bułeczkę. Tymczasem on podszedł do mnie i powiedział, że śmierdzę. Tak bez ogródek, żadnego wstępu. A od niego jechało tanimi perfumami, imitacją skóry jego kurtki oraz samoopalaczem. Kazał mi spieprzać spod jego domu, bo wezwie policję. Też mi nowość.
Jeszcze jednego? Dzięki.
Wchodzę do monopolowego i widzę. Widzę Black Label. Widzę Ballantines. Widzę Jim Beam. Spoglądając na miedziaki w mojej dłoni oceniam swoje możliwości. Nie tym razem; proszę o Luksusową. Wychodząc ze sklepu oglądam się za tamtymi butelkami tak, jak ludzie oglądają się na ulicy za Porsche, Ferrari, Jaguarami, fajnymi dupami czy obfitym biustem. Widzisz? W spełnianiu swoich marzeń mamy równe szanse.
Dziś nie pójdę na kort, pole golfowe, bankiet, basen. Mam umówione spotkanie, przy mostku, na Piastowskiej.
Nieme zaproszenie na to spotkanie dostaje każdy. Wstęp wolny; obowiązujący strój - oczywiście nieformalny. Naturalnie ustępujemy miejsca kobietom. Kończy się na tym, że siedzimy wszyscy.
Czasami dla zdrowia uprawiamy trochę sportu – boks, zapasy...
Ale tym razem słyszymy syrenę wozu strażackiego. Podążając wzrokiem za jago kierunkiem jazdy widzimy snop dymu.
Super, idziemy do kina! Dokumentalny film akcji.
W rolach głównych: facet od niemiłej historii.
Stojąc w ósmym rzędzie zauważyłem go wśród całej wrzawy płomieni i strażaków, stojącego po drugiej stronie ulicy, tam, gdzie kończy się biało-czerwona taśma. Na jego twarzy rysuje się smutek. Smutek człowieka, który stracił dom. Smutek człowieka, który nie ma gdzie mieszkać, ani się podziać. Smutek, do którego człowiek naprawdę może przywyknąć. Jeśli nie ma innego wyjścia...
Spotkaliśmy się parę tygodni później (a może to były lata?) przy pamiętnym mostku. Podczas kolejeczki Komandosa to ja byłem tym, który przekazał mu butelkę. Uśmiechnąłem się do niego i zrobiłem to bez ironii... no, może troszeczkę.
Naprawdę myślicie, że to ja podpaliłem ten dom?
Rozejrzał się po pomieszczeniu spoglądając prosto w oczy znajdującym się tam postaciom. Papieros, którym został poczęstowany dogasł. Policjanci spisujący jego zeznania zamknęli teczki, skinęli porozumiewawczo głowami. Zawieźli Wojtasa z posterunku aż na Piastowską. Wiedzieli, że już jest skazany. Skazany na bluesa. W mieście liście zaczynały się złocić, ludzie powracali z wakacji do codzienności, a dla Wojtasa dobiegała końca kolejna historia, którą mógłby opowiadać dzieciom, a w jego wieku to nawet i wnukom, jak anegdotę. Nadchodziła jesień. Dla niego - kolejna jesień z bluesem.
Sunday, 2008.08.10 23.22:53 Traktat o Zachodzie
Wymieszaj trochę prędkości oraz trochę wolności i już jedziesz chopperem w stronę zachodzącego Słońca.
Gdy uświadamiasz sobie, że amerykańskie zachody są jednak przereklamowane.
W najwyżej położonym punkcie w mieście dostępnym dla zwykłego śmiertelnika faktyczny, widziany zachód następuje 43 minuty przed tym faktycznym - geograficznym. Prostopadłościenne bloki stawione są boczną ścianą do kierunki wschód-zachód, by do środka nigdy nie wpadły promienie; by ludzi budziły elektroniczne koguty, a nie światło.
Zółtożarówkowe latarnie, semafory, mrugająca już sygnalizacja - to przemysłowy zachód Słońca na potrzeby balującego do późna społeczeństwa.
Przenosisz się więc i widzisz długi, samotny cień małego człowieka - cień wędrowca. Zza pleców przebija się złoty refleks torów.
Ale z czarnej chmury i tak lunie dziś ołowiem.
Saturday, 2008.08.09 12.03:01 Niedokończone bajki
Paryski
Skinąć zmarzniętemu Piłsudzkiemu, z którym dzieli się pewne niedoszłe wspomnienie. W końcu ktoś otworzył do niego... umysł.
Wpaść przez przypadek na znajomych nie widzianych od lat, czy to w rzeczywistości, czy też w świecie wyobraźni. Rozmowy, które nie miały miejsca; zmysły, które Cię oszukały. Fakty które wymyśliłeś, by przyprawić tajemniczością wydarzenia, które nie zaszły. Książka pisana w Twojej głowie; Twój mały, nieudany i żałosny bestseller. Nagroda dla najbardziej psychodelicznego reżysera, którą postawisz wśród zapomnianych, nawet przez Ciebie, książek z rozmazanymi w pamięci tytułami w swoim nieistniejącym apartamenciku na rogu Zamenhofa i Kilińskiego, w którym wieczna chmura nikotyny jest przebita światłem z nie wiadomo czemu bladożółtego okna. Utrzymujący się zapach tańszych, rzadziej droższych papierosów oraz kobiety, która spędziła tu ostatnią księżycową część doby. Snobistyczny Jack Daniels, na którego pieniądze po prostu się znajdują i są, pomimo lodówki, której już burczy w brzuchu, w szklaneczce, w której, po całej nocy, wciąż pływają kostki lodu. Jakiś chochlik opłaca wszystkie rachunki, inny wyrzuca mandaty. Outsider mieszka w Twojej głowie.
Myśl goni myśl, biegają po pokoju jak szalone, a Ty nieskutecznie próbujesz je uspokoić i uciszyć, bo nie słyszysz w słuchawce postaci z drugiego końca linii, która nie odegra tutaj nawet drugoplanowej roli.
-Proszę przestać stroić sobie żarty!
-Ależ proszę nie podnosić na mnie głosu – zdziwiony tym aroganckim i przymilnym głosem ze sporą dawką ironii zastanawiasz się, czy w pokoju nie ma przypadkiem kogoś po za Tobą. Pan z czerwoną czapką z daszkiem nie mógł trafić do Ciebie, a Ty ze swoimi tłumaczeniami nie trafiałeś do niego.
-Żegnam!
-Miłego dnia w pracy.
Był już tak blisko. Tak blisko tego trójkąta bermudzkiego, że zapach gorącej szynki, sera, ananasa, kukurydzy i sosu pomidorowego zdołał wydostać się z kartonowego pudła, przedrzeć przez nieszczelne drewniane framugi okien i, z pieszczącym sadyzmem, zaatakować nozdrza bezlitośnie i równie sadystycznie omijając kubki smakowe. Gdyby tak można było najeść się samą wonią; aromat zawierał witaminy. Gdyby to było możliwe, byłbyś kryminalistą – złodziejem kebabów. Byłbyś demonem społeczeństwa industrofagów, czarną kartą historii cywilizacji - kanibalem.
Agata wyszła zanim się obudziłeś. Całą noc grała z Tobą w byka i toreadora drażniąc Ciebie peleryną swoich wonności. Perfumy Princess II, które sam jej kupiłeś na dwudziestą czwartą wiosnę. Natomiast Ty byłeś wobec niej wykastrowanym zwierzęciem. Dwadzieścia dwa metry kwadratowe nie pozwalają na ulokowanie drugiego łóżka, tak więc przenocowanie siostry sprowadza się do przenocowania z siostrą. Byłeś moralno-mentalnym impotentem, przynajmniej próbowałeś być. A ona dobrze o tym wiedziała, Twoja kochana, starsza, szelmowa siostrzyczka...
Ponieważ Twój kontrahent pizzy, którego rodzice skrzywdzili nie czytając mu bajek nie potrafił odnaleźć przez to zaczarowanego domu, zostałeś zmuszony spożyć danie, którego hierarchii w posiłkach dnia nie potrafisz określić, wśród ludzi...
Saturday, 2008.08.09 11.39:16 Autotematyczność
a notki są coraz krótsze...
Thursday, 2008.07.24 04.37:51 Odetchnij
...bo niby za co je kochamy? Dlatego, że dają się pogłaskać? Że patrzą na nas oczami kota ze Shreka gdy wychodzimy z domu bez nich i niemal widzimy jak merdają ogonkiem kiedy wracamy? Za to, że nie wracamy dzięki nim do pustego mieszkania, w którym to czekają pieszczoty i lizanie?
Najbardziej ludzkimi odruchami Nikity są: ziewanie oraz westchnięcie z gatunku ,,ciężkie jest życie’’. Doprawdy, dopiero gdy, podczas wspólnego oglądania ,,Czekolady”, na jej brzuchu oparłem swe przedramię, które falowało razem z jej oddechami, poczułem jak bardzo żywą i bliską istotą jest.
Jedna z postaci stworzonych przez Gabriela Garcię Márqueza w jego powieści1 niespodziewanie zakochuje się z w oddechu śpiącej kurewki.
Ile małżeństw nie rozpada się tylko dlatego, że któraś jego połowa chrapie, dając tym samym jeden z ostatnich, nielicznych powodów do kłótni, dzięki której obie strony mają ze sobą jeszcze coś wspólnego oraz bez których, poprzez przyzwyczajenie, nie sposób się obejść? Ile małżeństw nie rozpadło się, bo mężczyzna nie wiedział, że to przyśpieszony oddech żony jest oznaką nieudawanego orgazmu? Ile małżeństw nie rozpada się dzięki wspólnemu nałogowi (o ile nie jest on kolejnym powodem sporu)?
W zapachu tytoniu jest coś z upodlenia. Kowboj z reklam Marlboro doskonale się do tego wizerunku wpasował i podsycił to odczucie. Swoją drogą ten twardziel zmarł kilka lat później na jakąś chorobę płuc. Poranna fajka (która nie raz zastępuje równie życiodajne poranne przeciągnięcie się i głębokie ziewnięcie), dzięki ogromnemu poświęceniu tego Pana, podbudowuje nasze poczucie machismo, zbliża nas do życia gwiazd rocka.
Kiedyś znalazłem nazwę dla mojego potencjalnego zespołu: The Dove’s Breath – Oddech Gołębia. Była taka metafizyczna i lekka zarazem, ale czujni... skończyliście już się śmiać? Czujni koledzy odwiedli mnie od tego pomysłu. Chociaż na tle innych propozycji takich jak Draperia czy Elektrofor nie wypada wcale tak blado.
1,,Rzecz o mych smutnych dziwkach"
Errata z 7 sierpnia 2008: tak naprawdę tych kowbojów było trzech: David Millar zmarł w 1987 r. na rozedmę płuc, Wayne McLaren zachorował na raka płuc i zmarł w 1992 r., David McLean zmarł na raka płuc w roku 1995 (źródło: Wikipedia, bo jakże by inaczej).
Sunday, 2008.07.06 02.31:26 Na twe babskie łzy
Julcia wbiega do pokoju i nieważne w jak bardzo sympatyczny grymas ułożą się moje usta, pięciolatka wraca przerażona do mamy. Nie oszukasz dziecka, ono wie, kiedy nie jesteśmy w humorze.
Ochota do płaczu jest równie naturalna, co chęć uderzenia prosto w twarz osoby, która uwłacza nam swoim zachowaniem. O ile fakt, że ta druga pozostaje w sferze jedynie grzechu w myśli wynika z za małego pierwiastka machismo w nas, o tyle ukrywanie tej pierwszej ma na celu ukazanie czegoś zupełnie przeciwnego.
,,Chłopaki nie płaczą’’. Skąd wzięła się ta absurdalna zasada, jakoby dżentelmen nie powinien płakać przy kobiecie? Kto, jak nie one, ma nas ukoić?
Wyobraźcie sobie zapłakanego Jamesa Bonda. Musiałaby to chyba być uroczystość wręczenia mu Orderu Imperium Brytyjskiego od królowej lub niepowiedziona misja jej ratowania z rąk francuskich terrorystów. W filmach płacze się już tylko w komediach romantycznych. Komediach.
,,Kocham deszcz, bo wtedy nie widać jak płaczę’’. Rzeczywiście, nigdy nie widziałem na żywo emo z rozmazanym makijażem.
,,Nie płacz Ewka’’. Harlequin. Czy ktoś jeszcze pamięta ten wyraz? Te wzruszacze serc do poduszki dla czterdziestoletnich kobiet już dawno wyszły z mody (no może nie u Stiga z Top Gear).
Ta chwila, gdy wilgotnieją nam policzki; ta chwila poczucia niesprawiedliwości świata i kompletnej bezradności nas samych działa jak wehikuł czasu. Na powrót stajemy się dziećmi nie mającymi innej broni na swoją krzywdę. Może dlatego uciekamy się do płaczu – by zatopić się w beztrosce dzieciństwa, w ramionach mamy, gdy nakrzyczał tata, w ramionach babci, gdy zdenerwowało się mamę. I tylko czasami ramiona te znajdują odzwierciedlenie w uścisku przyjaciela.
Jeden z nich powiedział mi ostatnio, że płakanie to dziecinada, z tego się wyrasta. Nasuwa mi się na myśl grafika Sławka Grucy pt. ,,Portret rodzinny”, na której to małżeństwo (prawdopodobnie) chowa swe smutne twarze za maskami szczęścia, a (prawdopodobnie) ich dziecko zdezorientowane przygląda się masce przygotowanej dla niego, nie umiejąc z niej skorzystać.
Julcia znowu wbiega do pokoju i nieważne jak bardzo zdystansowanego i znudzonego będę udawał (gdyż nie bardzo lubię dzieci), ona nie odrywa ode mnie swojej uśmiechniętej twarzyczki.
Przecież wyrosnąć z płaczu to jak wyrosnąć ze śmiania się. To z kolei byłaby następna skrajność – starczyzmu, którego ani sobie, ani Państwu nie życzę dożyć, tudzież dorosnąć.
A teraz zapytajcie, czy nie jestem za stary, by pisać o takich infantylizmach.
Monday, 2008.06.23 02.13:44 Przyprawić pusty talerz
jesienny śnieg, śnieżny deszcz, deszczowa depresja, depresyjna jesień, jesienny wieczór, wieczorowy strój, strojna stokrotka, stokrotny stukot do drzwi, drzewny spirytus, spirytualistyczne zebranie, zebrane myśli, wymyślne przysłowia, przy słowach głowy, głównie mądre umysły, umyślny wypadek, wypadkowa siła, silny pociąg, powściągliwy pociąg seksualny, seksowna przyprawa, przyprawne zachowanie, zachowawcze spojrzenie, spojrzawczy rumieniec, rumuńskie sumienie, sumieńska (?) systematyczność, systematyczny schemat, schematyczne notki, nota bene systematyczne, systemowy błąd, błędna pętla, pętla wiązanek, wiązanka narcyzów, narcystyczna grafomania, grafomański grafoman, grafomański ja, sienny katar, Katarzyny jesień...
Saturday, 2008.04.26 14.28:49 Pedofile muszą mieć małe fiuty
Pedofile muszą mieć małe fiuty.
Mały kaliber - małe możliwości. Negatywne stereotypy są raniące; na pozytywnych można się przejechać. Niemcy nie dali światu sławnych ludzi - Hitler był Austriakiem, a Einstein Żydem. Starszych ludzi odwiedzamy, żeby sprawdzić czy umarli. Ludzie powinni umierać w smutku, żeby nie było im żal. Latarka na baterie słoneczne...
Szokować próbują Ci, którzy mają niewiele do powiedzenia.
Saturday, 2008.04.26 12.39:26 To nie jest kraj dla starych ludzi
zakurzony strych -
w pękniętym lustrze
oblicze ojca
Człowiek zaczyna się starzeć, gdy...
Zaczyna mieć w dupie, że papierosy nie służą ani jego zębom, ani jego dziewczynie. Na wieść o śmierci dziadka wyobraża, że to jego ojciec. Ojciec, którego zaczyna rozumieć, którego geny zauważa w sobie, którego odbicie widzi w lustrze...
haiku Jacka Jaal'a
Friday, 2008.04.25 07.08:43 Miasto nigdy nie śpi
Wysiadasz z pierwszego kursującego dziś autobusu. W parku o piątej rano na nikogo nie wpadniesz, więc odchylasz głowę o 90 stopni i patrzysz centralnie w górę. Drogę wyznaczają Ci teraz korony drzew. Następuje uczucie płynięcia po jakże znanej ścieżce, chociaż niepewnymi krokami. Ponad głową błękit nieba i zieleń liści. Nic po za tym. Ludzie mogą się gapić - nie rusza mnie to. Ci poczciwi ludzie, którzy znajdują się o tej porze w parku i tak nie powiedzą o mnie złego słowa. O 5 rano mogę iść środkiem ulicy. Dużej ulicy. Wtedy czuję się wolny. Wtedy nie idę ścieżką innych. Nie idę chodnikiem, nie omijam dziur, krawężników, schodów, korzeni. Idę. Przez chwilę należę do sfory psów, która obok mnie przebiegła. Tak jak one, nie wiem czy mam jakiś cel. Tak jak one mogę odlać się pod każdym drzewem i odejść, jakby nigdy nas tu nie było.
Ktoś będzie miał udany dzień. Pomyśli, że to dzięki kasjerce, bo była dla niego miła dziś rano, gdy kupował bułeczki. To nie do końca prawda. Byłeś dziś pierwszym klientem. To Twoje "dzień dobry" dla niej spowodowało, że miała dobry humor.
Miasto nigdy nie śpi. Widzę kogoś zbierającego puszki. Czemu od razu pomyślałeś o bezdomnym? Czemu fakt, że ktoś wypłatę dostaje za pracę, a nie za puszki zmieni Twoje nastawienie do niego? Przecież oni robią to samo.
Jestem niemal pewien, że nigdy nie wchodziłeś do swojej klatki schodowej o 6 rano. Teraz jest tu zupełnie inaczej. Słońce wpada tu w inny sposób, wszystko ma inne barwy. Tablica ogłoszeń jest widoczna bardziej niż kiedykolwiek. Dowiadujesz się, że nie znasz swojego miejsca. Teraz czujesz jak bardzo Nietwoja jest ta klatka.
Miasto nigdy nie śpi. My sprawiamy, że nigdy nie zasypia.
Thursday, 2008.04.24 03.20:00 Kontemplacja dnia wczorajszego
Facet macha do kogoś ręką. Niby odpierdolił wielką misję - wychujał wszytskich znajdując prawie-najkrótszą kolejkę do kasy, za którą siedzi najwolniejsza-i-prawie-obeznana kasjerka. Zostaje mu tylko stanąć tam zanim zrobi to ta rodzinka, która już tu zmierza wrzucając do koszyka ostatnie promocje. Udało się. Ale chuj z tego, i tak babcia przed nim chce kupić beret bez kodu kreskowego, a szefowa nie śpieszy się, żeby jej wytłumaczyć dlaczego jest to niemożliwe. Kasjeka ze stanowiska obok cieszy się, że sama nie ma takich problemów... Nie, przepraszam. Cieszy się, że jej koleżanka je ma. Ona tymczasem wychujała tamtą rodzinną-tylko-w-niedzielę rodzinę zabierając wieszak od nowej taniej-jakości kurtki, której i tak odpadnie guzik, gdy dziecko zacznie się nią bawić, za co dostanie jakże zasłużony opierdol...
Nagle konteplowanie cudzych zakupów przerywa skierowany chyba do mnie znajmoy głos. O! Jak miło cię widzieć. Cisza. Dalej rozmowa już się nie klei. Najchętniej powiedziałbym, żebyś stąd wypierdalał, ale nie wypada robić afery przy ludziach... Mógłbym zapytać co u ciebie, ale w sumie gówno mnie to obchodzi. Dobra, umowa jest taka: walimy jakiś adekwatny-niby-śmieszny gryps, żegnamy się i rozchodzimy się. Każdy w swoją stronę.
Przychodzi czas na zapłacenie.
-Gdzie stajemy?
Myślę, że w kolejce. Najlepiej na końcu.
-Dzień dobry!
O kurwa, ekspedientka. Jedyna miła mi dziś osoba.
...
Kolejni spóźnieni na mszę przechodzą mi tuż przed nosem. Kurwa, wasze miejsce jest w przedsionku. Trzeba było wcześniej pomyśleć o ciepłej miejscówie w kościele. Chuj z tym, że sam jestem spóźniony.
Wychodzę z kościoła. Godzina z mojego życiorysu została tam, na klęczkach, w konfesjonale, połknięta z opłatkiem. Będzie ascezować swoje zmarnowanie na wieki.
...
Przychodzę trochę spóźniony, bo dopiero gdy wszyscy są już najebani. Żul spod sklepu wychujał ich kupując im winiacza z korkiem. Teraz odpierdalają maniany próbując go otworzyć na jakimś zapleczu. Żałosne... Nawet kawałek patyka, który wpadł do butelki ich wychujał. Ksiądz na ogłoszeniach ich wychujał, facet od kolejki ich wychujał, producent kurtki ich wychujał, producent winiacza ich wychujał, polonistka ich wychujała zadając zjebany temat na jutro. Sami siebie chcą wychujać, otwierając kolejną flaszkę. Tylko ja nie chcę nikogo wychujać. Toż jestem tu jedynym trzeźwym...
Chciałbym, żeby to wszystko było powiedziane z ironią. Niestety, wiem, że nie jest.
Saturday, 2008.04.19 23.21:51 Szukając odpowiedzi
Pomimo padającego deszczu postanowiłem wybrać się na spacer; odpokutować ostatnie słoneczne popołudnie sprzed tygodnia, poświęcone drzemce. Pomysł pojechania rowerem w stronę zachodzącego Słońca pozostał w sferze marzeń sennych.
Kierując się w stronę - jakże by inaczej - Plantów natknąłem się na pewnego szczupłego szatyna. Kolor jego oczu umknął mi gdzieś w szarzyźnie dnia. Młodzieniec, pomimo irytujących nieco kropel deszczu, pomimo bujnej czupryny i pomimo posiadania w kurtce takowegoż - kaptura nie założył.
Czemu nie szukał azylu od deszczu? Czemu nie chronił się przed tym, co jest obiektem drwin o Anglikach?
Stałem przy przejściu. Z mojej strony, razem ze mną, znajdowały się dwie osoby; z drugiej trzy. Oraz w postudenckim wieku mężczyzna nie czekający na litościwego zielonego człowieczka i pokonujący ,,zebrę" szybkim chodem przeplatanym z podrygiwanym truchtem przy asyście tego czerwonego, ,,na baczność".
,,Głupek" pomyślałem. Sam przymierzam się do zostania kierowcą i wiem, że takie nierozsądne zachowanie stresuje młodych kierowców, a starszych, bardziej doświadczonych zapewne denerwuje.
Nierozsądne zachowanie. A potem spojrzałem na tych wszytskich stojących w wyznaczonych do tego miejscach, czekających na zbawiciela mimo, że w promieniu kilkuset metrów nie poruszał się żaden pojazd ani stróż prawa. Oni wszyscy byli równie bezmyślni jak tamtem. A ja byłem jak oni.
Ludzie w całej tej bieganinie związanej z ,,życiem" zapomnieli o tym, co jest w tym najważniejsze - o życiu. Tym czasownikowym życiu.
Po co zakładać kaptur? Po co udawać, że deszczu nie ma?
Tym młodzieńcem byłem ja.
Monday, 2008.03.24 02.44:50 Czerwone kółeczko
Lodowisko. Środek białego dnia.
Młodzieżowa rozrywka. Rodzinna w aktywniejszych przypadkach.
Kopalnia ciach i ciasteczek. Wątpliwych.
Sport, rekreacja, odreagowywanie.
Wtem sielankę... burzę hormonów przenika wisk.
Wytrysk krwi. Odcięty palec. Niieee...
Zostawmy to miłośnikom innego rodzaju emocji.
Słychać zdzierany lód. Spod ostrza łyżwy wylatuje chmura białych, zamarzniętych cząsteczek wody, które lądują na jej bluzce.
Jej bluzka.
Jego łyżwa.
Potem kolejny chłopak pokazujący swoją męskość hamuje tuż przed trzymaną na tyłku przez lidera? pokrakę? dziewczynę pokrywając ją kolejną warstwą tego białego. Na twarzy dziewczyny rysuje się udawane poniżenie i nieukrywane zadowolenie.
Potem trzeci. I czwarty. Czasem piąty.
Rytuał dobiegł końca.
Bukkake.
Sunday, 2008.03.23 12.51:30 Zzzz...
Ludzie wracają/wyjeżdżają do pracy, śpieszą do domu, sfrustrowani uczniowie pokonują trasę szkoła - wieżowiec; kury domowe sprzątają stoły i zmywają naczynia po obiedzie, który przed chwilą zjadłeś.
Śpisz.
Hiszpanie osiągnęli szczyt arogancji.
Niech Ci zabraknie składników przy przyrządzaniu obiadu w Playa de las Américas...
Hiszpanie są w stanie poświęcić godzinę jazdy w jedną, a potem jeszcze w drugą stronę, by 40 minut sjesty spędzić odpoczywając w domu. Od 13 do 16 miasta stają się bezużyteczne. Proś, błagaj, żądaj: taksówkarza o kurs, recepcjonistę o zawkaterowanie, sklepikarza o mleko. Zbyją Cię chrapnięciem. O ile nie wiązanką, z której nie będziesz znał ani słowa, a i tak zrozumiesz o co chodzi.
Każdy ma prawo do odpoczynku. Szczęśliwie nie każdy ma przywilej wiedzenia o tym.
Sjesta - chamstwo w czystej postaci.
Sunday, 2008.03.23 01.44:50 ułóż w kolejności.
stworzyć maksymę, stać się autorytetem, być cytowanym...
ltl ddl
#gg: 4086031
dani_o@wp.pl