Niedziela przed zamknięciem sklepów Otarłem się o zimną skórę i poznałem ten chłód – wieczny chłód Twoich dłoni. Jak osiołek za marchewką obróciłem się za Twym zapachem (który swoją drogą był mieszanką perfum z trzeciej miesięcznicy oraz mnie) i ujrzałem dokładnie Twoją figurę; coś, czemu tylko Tobie do twarzy. Podszedłem bliżej, choć nie wiedziałem czy mogę, a zmysły zaczęły mi wirować: 38, B, metr siedemdziesiąt trzy, L-ka. Tak, to Ty. To były Twoje piękne cztery wymiary, perfekcyjne proporcje w idealnej dla mnie skali. Zaczęły wirować do walca sączącego się z wyjątkowo wyraźnych sklepowych głośników (a może to mi tylko w duszy grało?). Zaczęły wirować wraz z Twoim futrzanym płaszczem, tym, którego nigdy Tobie nie kupiłem. Dotyk zamszowego meszku na plecach, widok pasa skóry wokół talii, zapach zimowego objęcia - bezcenne. Spytałaś mnie, czy możesz mi pomóc. Mózg zaczął mi się lasować. Kierując się głosem, wbrew sercu, przestałem tańczyć – wygłupiać się. Odwróciłem wzrok. Z miliona odpowiedzi rodzących się w głowie, gdyż była to jedynie ekspedientka z zatroskanym spojrzeniem, wybrałem -Nie, dziękuję. Tylko wspominam...